Już od początku zaczęło się psuć, w związku ze śnieżycą w Berlinie, lot miał się rozpocząć o 14:25, 30 min przed odlotem (godzina wylotu) została przesunięta o dwie godziny. Myślę sobie nie jest źle, choć już zaczyna się nerwowa atmosfera.
Pokręciłem się po lotnisku i drzwiczki odpraw zostały ponownie otwarte :), poczułem smak wyprawy, wsiedliśmy do samolotu i oczekiwaliśmy na znak z wierzy że możemy startować, za oknem widziałem jak śnieżyca przybiera na sile. Zaczęliśmy kołować i w dość dużej kolejce czekaliśmy na sygnał do odlotu, trwało to dwie godziny. Gdy z głośników doszedł nas komunikat: lot odwołany, za duże ryzyko startu ponieważ w Londynie sypie dwa razy mocniej niż w Berlinie.
Paskudna sprawa, kolejna godzina w oczekiwaniu na bagaż. W tym momencie czułem lekkie zdenerwowanie, ponieważ nie bardzo wiadomo co robić, z bagażem ruszyliśmy w stronę okienka naszego przewoźnika, ale w związku z tym, że nie tylko nasz lot został odwołany oczekujących było bardzo dużo, i tak kolejne godziny w oczekiwaniu, co gorsza za niewiadomo czym, bo za oknem nie wyglądało to dobrze, (tu naszła mnie myśl, jeszcze nigdy w życiu nie myślałem źle o śniegu) :), zawsze ogarniała mnie radość widząc biały puch :)). Padało coraz mocniej.
Przy okienku dostaliśmy propozycję lotu przez Frankfurt, ale dopiero następnego dnia, o godz. 11:00.
Po nocy w berlińskim hotelu stawiliśmy się na lotnisku, pierwsze co mnie uderzyło, to tablica odlotów, na której przeważało słowo cancel! Po chwili było juz wiadomo, lot odwołany!!!
Znów godzina oczekiwania w kolejce, po czym dowiedziałem się że klapa, od wczoraj, gdy przełożono nam lot, jesteśmy klientami innego przewoźnika ! To był horror, kolejka nie miała końca, do okienka dotarliśmy około 21:30 i to tylko po to by przebukować bilet z powrotem na poprzedniego przewoźnika, bo on ma umowę z Hainanlines (chińskie linie lotnicze), a oni latają zawsze choć mieliby stać w oczekiwaniu nawet 10 godz. Bynajmniej po prawie trzech dniach, udało się wystartować :)))
Przewidywany czas pobytu w Pekinie to 4 dni na załatwienie wszelkich potrzebnych formalności związanych z wyprawą, jak i wcześniej umówione spotkanie z szefem chińskiego wydania National Geographick Traveler, tu poszło wszystko sprawnie i po myśli, juz teraz wiem, że do wyprawy dołącza chiński National Geographick. Nareszcie w naszej wyprawie pojawia się promień słońca i nadziei.
Teraz pozostało kontynuować wyprawę, następnego ranka jednak okazało się, że na jutro biletów do Harbinu (kolejnego miejsca transferu) już nie ma. Następnego dnia kupiliśmy bilety na poranny pociąg. Chiny to dziwne miejsce, przepaść nad przepaścią, po raz kolejny kłębi się myśl o Chińczykach, którzy nie wiedzą, jak są wielcy. Drogę z Pekinu do Harbinu pokonuje się w niespełna osiem godzin, w fotelach lotniczych, oczywiście druga klasa:) odległość około 1250 km.:)
Nie można się powstrzymać od znienawidzenia PKP.
Niestety już w drodze do Harbinu czułem, że łapie mnie jakaś choróbka, z godziny na godzinę słabłem. Różnica temperatury miedzy dwoma miastami absolutnie nie sprzyjała obecnej sytuacji( Pekin - 2, Harbin - 18 ).
Planowany czas w Harbinie 2 dni na ostateczne zakupy, oraz załatwienie odpowiednich pozwoleń na poruszanie się bardzo blisko granicy. I tu nie udało się tak szybko, tym razem ze względu na stan zdrowia, rozłożyło mnie dość poważnie, do tego stopnia że byłem w chińskim szpitalu ( to już osobna historia :)). Biorę chińskie leki już czwarty dzień, czuję się trochę lepiej, ale podjęłem decyzję, że zostanę jeszcze dwa dni, ponieważ w miejscu gdzie tak naprawdę rozpoczyna się trawers, obecnie jest - 42 stopnie Celsjusza. W międzyczasie dowiedziałem się, że właśnie dziś 22 grudnia Chińczycy, celebrują prawdziwe nadejście zimy, nie jest to szczególnie widowiskowe, po prostu zajadają się pierogami (po chińsku dzao-dzy) .
I po kolacji, niestety wciąż w Harbinie. Choroba nie ustępuje, a mnie roznosi, siedzę i patrzę w okno, już dokładnie znam rozkład dnia tego kawałka ulicy, którą jestem w stanie zlustrować od tak, oraz wyginając się przed oknem w każdym możliwym kierunku. Takie bezczynne siedzenie przyczynia się do odczuwania tęsknoty po stokroć, do tego dochodzi, dzisiejszy dzień, czyli Wigilia:(. Ponieważ 24 grudnia to zapewne nie tylko dla mnie waży czas, od rana snuję się po pokoju i na ile chore gardło pozwala wykrzykuję słowa polskich kolęd: „Bóg się rodzi”, :Cicha noc”, „Dzisiaj w Betlejem” ...etc.
No cóż, daleko od Ojczyzny, ale wszak my Polacy :)! Nie pozostaje nic innego jak uczcić ten wyjątkowy dzień wystawną kolacja :). Szaleństwa nie było, ale jednak było 12 potraw:) w tym min. czosnek, cebula, chińskie korzonki, ujgurski chleb (nan) i kilka innych słodkich, z mandżurskich dziwactw. Po kolacji pakujemy się i jedziemy dalej 800 km na północny zachód, do miasteczka (jak na Chiny) Hailar.
Lecz to nie koniec mojej choroby, która doprowadza mnie do szaleństwa, nie wiem jak długo to potrwa, co dzień mam nadzieje, że to koniec. Temperatura tutaj to – 34, a wiec już nieźle :), a mnie choroba trzyma w pokoju hotelowym…
Mam nadzieję, że następna relacja będzie już bardziej owocna. :)