OSTATNIA SZAMANKA
Już od rana niecierpliwie wyczekuję spotkania. Spadnie dziś na mnie wielki zaszczyt i mam nadzieję, że dobrze wykorzystam tych parę chwil, które spędzę z ostatnią oroczeńską szamanką. Guan Kouni (fonetycznie, w języku oroczenów - Kon Koni). Wiele lat temu została przesiedlona przez chińskie władze. „Zamknięto” ją wówczas w bloku, wielkiej betonowej klatce, zabroniono odprawiania rytualnych tańców, śpiewów i wszystkiego, co się z szamanizmem wiąże. Na jej twarzy, w jej oczach widać głęboko wyryte znamiona przeszłości. Od lat dostosowuje się do przepisów i nałożonych na nią zakazów, ale wiem, widzę, że nigdy się z tym nie pogodziła.
Siedzimy w ciszy, obok stoi telewizor, radio, jest nawet satelita. Staruszka patrzy gdzieś w przestrzeń, nie skupiając wzroku na żadnym realnym punkcie, jakby czegoś wypatrywała. Jest nieobecna, żyje nadal w „swoim” świecie. Naszemu spotkaniu towarzyszą na razie jedynie rzucone ukradkiem krótkie, serdeczne spojrzenia oraz drobne słowa, których zdołałem nauczyć się w języku oroczeńskim. Mimo tych wszystkich sprzętów, które nas otaczają, mimo braku wspólnego języka, realnej rozmowy, chwila jest na prawdę podniosła, wyczuwa się ten rodzaj napięcia, w jakiś sposób metafizyczny. Aż nagle Guan Kouni zaczyna mówić ...
G.K. (jej słowa tłumaczy mi kobieta, która z nią mieszka):
- „Wiele lat byłam szykowana do bycia szamanem, jednak sześć miesięcy po tym, jak przejęłam rządy od poprzedniczki władze kategorycznie zakazały tańców z duchami. Przez kolejne lata staraliśmy stosować się do tych przepisów, chociaż nie zawsze (uśmiech). Ale przyszedł moment, w którym duchy rozzłościły się, uznały, że je zdradziłam i zesłały na mnie straszną chorobę. Długo dochodziłam do siebie i już nigdy więcej nie odważyłam się z nimi tańczyć.
I tak nastał koniec - dodała.”
To nie były żarty, bajki, ani opowiastki - mówiła zupełnie poważnie, i o duchach, i o końcu. Na jej twarzy widać było skruchę. Oczy patrzyły gdzieś w głęboką dal, nie bacząc na betonową ścianę. Zapadła długa cisza. Kobieta, która mieszkała z szamanką zaproponowała nam herbatę, podejrzewam - dla rozluźnienia atmosfery. Wymieniliśmy wtedy jeszcze klika ciepłych spojrzeń, ale Guan Kouni była już daleko stąd..., czułem jej nieobecność. Zdałem sobie sprawę, że to spotkanie jest dla niej bardzo męczące, nie tyle fizycznie, co psychicznie. Zmuszam ją do powrócenia na chwilę do rzeczywistości. Na koniec - głębokim, szumiącym głosem zaśpiewała tajemniczą oroczeńską pieśń. O czym? Nie mam pojęcia, ale była ogromnie prawdziwa. Widziałem w grymasie Guan Kouni, że wędruje gdzieś daleko po brzozowych przestrzeniach...
Po kilku innych spotkaniach i szeregu zdobytych informacji decyduję się ruszyć 400km na północ od Alihe, by później odbić ok.100km na wschód. Gdzieś tam, w okolicach Amuru, prawdopodobnie spotkam Oroczenów. Ich osady powinny być porozrzucane nad brzegami rzeki oraz w pobliskich, górskich lasach.